
Long, który odbył się tydzień temu praktycznie był ostatnim ważnym startem (z punktu widzenia sekcji) w tym sezonie. W związku z problemami finansowymi (tak!!! mamy takie, o czym nie wszyscy chcą pamiętać) zmniejszyliśmy skład naszej ekipy do bardzo symbolicznych rozmiarów. Wystartowały jedynie 18 i 20 (miała jeszcze julka w K21, ale w ostatnim momencie zrezygnowaliśmy z powodu kontuzji). Wracając jednak do początku - nie robiłem ze swoimi osobistymi zawodnikami specjalnych przygotowań do longu (nie wiem jak jańcia, bo jego akurat trenuje remek). Moim wynikowym celem tej części sezonu były sztafety, na które nastawione były w większości przygotowania. Z longowego treningu jedynie hanka robiła wcześniej 70' mocny zakres, który miał dać nam informacje o stanie jej organizmu - test wypadł świetnie więc spokojnie mogła tupać sobie na treningach czekając na MP.
Pozostali również zaliczyli po 1-2 dłuższe treningi, ale o specjalnych przygotowaniach do longu nie było mowy. Uznałem, że nie da się świetnie przygotować jednocześnie do MP w sztafetach i MP w longu, stąd takie decyzje... mam nadzieje, że słuszne.

Long. Niby spokojnie i z marszu, a już w piątek wieczorem mała panika... otwieram składzik z odżywkami, a tam jedynie resztki i to przeterminowane... telefon do hanki - niestety jej źródełko również wyschło. Godz.20.10 - szybka decyzja - InterSPORT :) Był otwarty i na dodatek mieli to czego potrzebowałem :D. Z domowego składziku udało się jedynie wygrzebać ostatnie żele (każdy prawie z innej parafii), które na longu często okazują się najważniejszym zabezpieczeniem. Wyjazd jest w sobotę o 9.00. Na zawody jakieś 500 km czyli cały dzień w podróży (a ja znowu robię za kierowcę busa). Droga mija szybko, po drodze mały postój na... ;) i dłuższy na obiad. W Broku jesteśmy po 16tej - teraz tylko oczekiwanie na organizatorów i jedziemy do bursy. Wieczorem kolacja i indywidualne omówienie z zawodnikami taktyki i pomysłów na bieg. Moje oczekiwania?... nie ukrywam, że jechałem po trzy medale (1zł, 1sr i 1br), ale jak to z medalami bywa więcej osób jedzie po medale, niż jest ich do zdobycia :). Rano dosyć chłodno, ale odpowiednia wilgotność powietrza daje szanse na dobre wyniki. Teraz już tylko trzeba przypilnować złożenia odżywek i sprawdzić ubiór zawodników. Wychłodzenie jest równie niekorzystne jak przegrzanie, stąd dosyć wnikliwie tłumaczyłem to wszystko na treningach przed wyjazdem... ale w tej kwestii muszę liczyć na rozsądek moich zawodników, bo każdy odczuwa temperatury inaczej (w każdym razie byliśmy przygotowani nawet na zmianę "ocieplaczy" pod dederonem na punkcie żywnościowym na wypadek złej pogody). Podpatruje tylko dyskretnie czy ktoś nie przegiął (i tu jedynie dziołcha chyba zaszalała z chustą pod szyją

- postanowiłem jednak dać jej spokój)... "Dobra, trza do lasu" myślę i biorąc wór na rzeczy ze startu wędruję po wstążkach. Okazuje się, że organizator zabezpieczył również i ten temat (tu wtrącę, że organizacyjnie nie mam żadnych zastrzeżeń do przeprowadzonych MP - good job). I w tym miejscu moja rola się kończy (acha mam jeszcze jańci podać żela na żywnościowym). Obciążony aparatem wędruję oddać się przyjemności fotografowani

a... zauważyłem, że dzięki temu dodatkowemu zajęciu nie denerwuję się tak bardzo czekając "aż wyjdą z lasu", a i zawsze przy okazji pstryknę klika znośnych (w moim odczuciu) fotek, które można znaleźć na blogach i na NK :). Stoję na starcie, za mapami - bieg jaki obserwuję jest jeszcze lekki i sprężysty, u większości pełna koncentracja... po półgodzinnym pstrykaniu startujących wynoszę się na żywnościowy. Tu w towarzystwie Włodka Dyzia, i "Silnego Piotra" podpatrujemy co robią zawodnicy. Okazuje się, że wielu ma problem z precyzyjnym wejściem na PK. Oczekując na swoich i analizując listę startową wiem, że nie będzie trzech medali. W połowie trasy mamy dwa medale (1zł i 1 sr) i brak szans na trzeci - zbyt duże starty w 18. Hanka z ok 5' przewagą nad drugą zawodniczką nie pije na żywnościowym (to w moim odczuciu duży błąd) - zgaduję (a bardziej mam nadzieję), że czuje się mocna i pocieszam się tym, że ma jeszcze żelik w kieszonce (potem okazuje się, że nie zauważyła żywnościowego, a kubeczek na mapie był narysowany w innym miejscu niż faktyczne umiejscowienie). Wpada Jańcia (o żelu zapominam pstrykając mu fotkę, na szczęście sam zawołał). Strata do prowadzącego w tym momencie jacka poniżej pół minuty - jest OK.

Człapię na metę... staram się nie spieszyć bo ubrany jestem jak eskimos. "Wpadam" do centrum w momencie wbiegu Hanki na metę. Finiszuje z Ewą... widzę, że jest pełna mocy i biegnie dynamicznie... nawet nie sprawdzam czasów - wiem, że wygra... w tej formie mogłaby powalczyć nawet z seniorkami. Moje osiemnastki słabiej - dwie odnowione kontuzje, pozostali jeszcze nie tym razem. Młodsi zaliczyli ważne doświadczenie, które musi zaowocować w przyszłym roku. Jest i Jańcia... tu też wiadomo, że wygrał :))) Mamy dwa złota i jedno szóste miejsce... całkiem dobrze jak na 7 osób... choć niedosyt zawsze będzie...
Dekoracja, medale, dyplomy, nagrody (tu kolejna miła niespodzianka -bo nagród dawno nie było na MP), powrót do bursy, kąpiel i ... znowu 500km do domu... dobrze, że to już koniec... jestem zmęczony.
Tydzień po longu jadę z hanną i chłopakami z 16 na start do czech (uwielbiam tam biegać) i to będzie dla mnie definitywne zakończenie sezonu ... achillesa czuję coraz bardziej.